Anioł w centrum draki

Pełna życiowej energii i fantazji, zawsze uśmiechnięta, przyjazna ludziom. Emanacja życia, było w niej coś niebywałego – wspominają Barbarę Wikarską-Szomańską jej koleżanki z Polonii. Pierwsza prawdziwa środkowa koszykarskiej drużyny „Czarnych Koszul”. Reprezentantka Polski. Zmarła przedwcześnie w 1969 roku, ale pamięć o pani Barbarze jest wciąż pielęgnowana.

W Polonii rozegrała dwanaście sezonów. W pierwszym zespole zadebiutowała w roku 1950, a już rok później cieszyła się wraz z koleżankami z mistrzostwa Spartakiady. Szybko zaczęła stanowić o sile ataku drużyny, o czym świadczą tak imponujące osiągnięcia jak blisko 400 zdobytych punktów w siedemnastu meczach sezonu 1953/1954. Analizując statystyki Polonistek z lat 50., w zdecydowanej większości meczów Barbara Wikarska widnieje jako najskuteczniejsza strzelczyni. 38 punktów przeciwko Gwardii Warszawa w listopadzie 1955 roku, 37 punktów przeciw tej samej drużynie dwa miesiące później, 35 punktów rzuconych Spójni Stalinogród w kwietniu 1955 roku, 34 „oczka” w rywalizacjach ze Spartą Warszawa i Spójnią Gdańsk w podobnym okresie – oto próbka możliwości naszej koszykarki. – Nigdy nie rzucałam, jak można było nagrać do Baśki Wikarskiej. Granie na centra, na wyciągnięcie ręki, to było coś – wspomina Hanna Loth-Nowakowa, wieloletnia koleżanka z parkietu i nie tylko. – Baśka grała w swoim stylu, to był „styl Wikarego”. Miała swoje, pomysłowe koncepcje. Rzucała prawą ręką i, co ciężko opisać, była w jej grze jakaś elegancka wiotkość.

Barbara Wikarska wyniosła zamiłowanie do sportu ze swojej szkoły na Saskiej Kępie. W 1948 roku szesnastoletnią wówczas Basię wraz z koleżankami zauważyli na basenie bracia Zygmunt i Władysław Ślesiccy, którzy karierę koszykarską rozpoczynali w klubie YMCA Warszawa, a kontynuowali w Polonii (Władysław został później słynnym reżyserem). Udało im się zachęcić kilka dziewcząt do trenowania koszykówki. Niektóre szkolne koleżanki Basi grały także w niezłej w tamtych czasach sekcji siatkarskiej Polonii.

Coraz lepsze występy klubowe zaowocowały powołaniem Barbary Wikarskiej do reprezentacji Polski w 1951 roku. Jej marzeniem, niestety niespełnionym, był udział w mistrzostwach Europy w Moskwie w 1952 roku. Nagrodę pocieszenia stanowiła wyprawa z reprezentacją na tournée po Chinach, zaledwie kilka miesięcy później. Barbara Wikarska wystąpiła w kadrze Polski 35 razy. Po raz ostatni w meczu międzypaństwowym zagrała w 1956 roku. Przypisana do pozycji centra, miała 172 cm wzrostu. W ówczesnych realiach koszykówki kobiet były to bardzo dobre warunki fizyczne. W Polonii podobnie wysoka była jedynie Hanna Loth-Nowakowa.

W listopadzie 1957 roku Barbara Wikarska wzięła ślub z późniejszym działaczem opozycyjnym Andrzejem Szomańskim. Przez pewien czas pracowała jako urzędniczka. Równocześnie wciąż bardzo dobrze radziła sobie na boisku.

Jeszcze zanim wyszła za Andrzeja, pamiętam sytuację z mistrzostw kolejarskich w Bydgoszczy lub Toruniu, gdy wieczorami po meczach chodziłyśmy całą drużyną do kina – wspomina Hanna Loth-Nowak. – W trakcie jednego z seansów do sali wszedł listonosz i zapytał głośno o panią Wikarską. Pokierowali go z obozu, gdzie usłyszał, że adresatka jest na filmie. Więc postanowił wręczyć jej telegram. To była depesza od adoratora. Ten mężczyzna, nie Andrzej, bardzo się starał, czynił dość długie podchody, ale bez sukcesu.

Pani Hanna pamięta wiele anegdot związanych z koleżanką: – Bardzo elegancko się ubierała, sama szyła sobie stroje. Na jednym z obozów w Kluczborku ledwo się rozpakowałyśmy, a ona do mnie: „Hanka, nie ma treningu, lecimy do miasta”. Pytam: po co, dokąd? Zaciągnęła mnie do sklepu z materiałami, który odwiedzałyśmy też rok wcześniej. Baśka tam wpadła, a ekspedientka od razu „o matko święta, znowu pani!”. Kazała sobie zdejmować bele tych materiałów, wchodziła na drabinę: „popatrz Hanka, pika!”. Miałyśmy robione przez nią bluzki. Sytuacja powtarzała się u nas, na Bazarze Różyckiego albo na targowisku w Rembertowie. Straganiarki się na nią denerwowały: „co pani mi tu przebiera?!”. A ona: „cicho, bo nic nie sprzedacie”. Roznosiła ją energia. Na boisku trzeba było z nią uważać, by nie spadła zbyt szybko za faule. Na początku mojej kariery spadało się po czterech. Dostawała do krycia mniej wymagające zawodniczki. Derby Warszawy, przeciwko AZS AWF, Gwardii lub Spójni/Sparcie, sędziowała często para Jasio Dzierżko, nasz bliski znajomy oraz Iwo Dobrucki. Genialni sędziowie. Baśka czuła respekt przed Iwo: „pewnie za wiele nie pogram, on wychwyci każdy faul”.

Na przełomie lat 50. i 60. macierzyństwo spowodowało krótki rozbrat Barbary Wikarskiej-Szomańskiej z koszykówką. Powróciła na parkiet za namową innej świeżo upieczonej matki, Hanny Loth-Nowak. Grała do 1964 roku, zawsze w Polonii, w sumie prawie 160 ligowych meczów. Pod wodzą trenera Józefa Pachli oraz ze wsparciem doświadczonych Zofii Piechotki i Ireny Dziak-Marmułowskiej udało się uchronić drużynę przed spadkiem z ligi.

Inna sytuacja z obozu w Kluczborku: koledzy z sekcji męskiej postanowili w ramach „zielonej nocy” zainscenizować pożar i oblać koleżanki wodą przez okno za pomocą gumowego szlauchu. W środku nocy rozległy się krzyki: „pali się, ratunku!”. Pierwszy strumień wody skierowany był w panią Barbarę. Wybiegła przemoczona ze swojego pokoju, jeszcze nieświadoma, że to żart. – Nie daruję wam do końca życia – złościła się na korytarzu, ubrana w skromny peniuar. – Basia była zawsze w centrum draki – mówi z sympatią jej inna koleżanka z drużyny, Krystyna Ryczek.

Niestety, „w centrum draki” Barbara Wikarska-Szomańska znalazła się także w trakcie jednego z meczów w latach 60. Brutalnie sfaulowana przez rywalkę ze Znicza Pruszków, opuściła boisko z urazem uda. Wspomina Hanna Loth-Nowakowa: – Zrobił jej się siniak, kolejno przybywało mu kolorów, wyglądało to źle. Pamiętam, że jechałyśmy do Ireny Jaźnickiej, która leżała w szpitalu w Międzylesiu. Padał deszcz, pełno kałuż, a Basia do mnie: „Hanka, nie skacz, bo ja nie mogę skakać, boli mnie ta noga bardzo”. Niedługo potem poszła do szpitala. Błąd lekarzy, przyznali potem, że nie powinni tego ruszać. Nowotwór kości z przerzutami. W szpitalu na Lindleya pielęgniarki mówiły nam o Basi: widzimy jak bardzo cierpi, ale jest tu dla nas całą radością, potrafi wszystkich rozweselić, wszystkich pociesza. Wyjątkowa osoba.

Barbara Wikarska-Szomańska zmarła 18 lutego 1969 roku, w wieku zaledwie 37 lat. Osierociła syna Jana. Do 2010 roku miejscem spoczynku pani Barbary był Cmentarz Bródnowski. Aktualna lokalizacja jej grobu pozostaje nieustalona…