Rok 1934 był dla sekcji żeńskiego basketu w warszawskiej Polonii przełomowy. W dniach 15-16 września Polonistki zajęły pierwsze miejsce w turnieju o mistrzostwo Polski, zdobywając pierwsze w historii sekcji złoto. Kilka miesięcy wcześniej (w lutym) również były najlepsze – zwyciężając zawody o zimowe mistrzostwo kraju. Nasze zawodniczki, dotąd świetne w hazenę, dołączyły tym samym do krajowej czołówki w koszykówce, która zaczynała zdobywać coraz większą popularność.

Turniej o mistrzostwo Polski w 1934 roku odbył się we wrześniu w Lublinie. Na zawody stawiły się trzy drużyny, rozgrywając mecze systemem każdy z każdym. Polonistki wygrały oba spotkania – z Unią Lublin i IKP Łódź – i triumfowały.

Mamy to wielkie szczęście, że nasze koszykarki były utalentowane nie tylko sportowo. Sława Szmid, wybitna sportsmenka Polonii, napisała po lubelskich mistrzostwach obszerną relację do czasopisma „Start”. Cóż to za piękna sportowa literatura! Kunsztowny język i wiernie oddane emocje sprawiają, że mimo upływu dekad wydaje się, jakbyśmy tam byli i razem z koszykarkami Polonii cieszyli się z pierwszego mistrzostwa Polski.

Sława Szmid

Jak to było w Lublinie

W szczerze pesymistycznych nastrojach jechałyśmy na mistrzostwa Polski w koszykówce do Lublina.

Zdobywszy w czerwcu, będąc w bajecznej formie, lekko mistrzostwo Warszawskiego okręgu, rozleciałyśmy się na wakacje i urlopy — aż do 1 września. Tak długiej przerwy nie mogły nam nagrodzić te cztery treningi, które poprzedziły nasz występ w Lublinie, toteż doskonale zdawałyśmy- sobie sprawę z naszych nikłych szans do powtórzenia sukcesu z zimowych mistrzostw, kiedy to Polonia zdobyła pierwsze miejsce.

Witane serdecznie na lubelskim dworcu, przez nasze stare znajome z Unji, które gościłyśmy przed dwoma laty w Warszawie, udałyśmy się do pięknego gmachu Ośrodka na nocleg. Jednocześnie z nami przyjechała drużyna łódzkiego IKP, zeszłoroczny mistrz Polski.

Okazało się, że zamiast pięciu drużyn, zgłoszonych, stanie do walki tylko trzy — IKP, Lubelska Unja i Polonia, ponieważ ani poznańskie KPW, ani lwowskie Czarne nie przyjechały. Zaraz w sobotę rano (15 września) IKP gra swój pierwszy mecz z Unją. Naturalnie wybieramy się gremjalnie oglądać naszego przeciwnika, dla którego czujemy ogromny respekt. Przecież chyba nie bez powodu aż trzy zawodniczki łódzkie były na obozie treningowym przed wyjazdem reprezentacji polskiej do Londynu. Nasi kibice, a było ich akurat każdej z nas do pary, dodają nam ducha, ale z minami tak grobowemi, że nie wielki ma to na nas wpływ. Mecz był mało mówiący. Unja, mimo znacznej poprawy od zimy, była zbyt słabym przeciwnikiem, żeby móc cośkolwiek z gry łodzianek z niemi wywnioskować. Wygrał IKP 21:0. W pierwszej połowie gra była marna, w drugiej zato zwyciężczynie grały doskonale.

Po południu ta sama Unja walczy z nami. Wygrywamy 30:4, ale grałyśmy źle. Widać na nas brak poważnych spotkań. Jedynym wyjątkiem jest nasza „trójka” (zawodniczki w koszykówce są numerowane) — Kamecka (Irena, koszykarka Polonii aż do 1954 roku – przyp. red.), która rzeczywiście zagrała koncertowo, podczas kiedy np. ja dałam również koncert — ale pudłowania do kosza. Skóra mi cierpnie na grzbiecie, kiedy sobie to przypomnę, i czuję, że moje koszykarskie przezwisko „automat” zostało niesławnie pogrzebane. Ale trudno — bez pracy niema kołaczy.

Unja spisywała się lepiej niż rano, udaje się jej nawet strzelić dwa kosze, co wywołuje niebywały entuzjazm wśród licznej publiczności. Ekstra oklaski po meczu dostała nasza „trójka”, która sobie na to rzetelnie zasłużyła.

Na drugi dzień rano, po źle przespanej nocy na twardych łożach, kręcimy się po Lublinie, zwiedzamy malownicze zakątki i objadamy się owocami, które są tu bezwstydnie drogie. Obiad spożywamy w Resursie Obywatelskiej na pięknym tarasie. Goszczą nas przemiłe panie z Unji, odwdzięczając się w ten sposób za skromniutkie przyjęcie w Warszawie. Niemiłosiernie „opakowane”, pędzimy do schroniska, żeby wyciągnąć się na łóżkach i „dojść do formy” po uczcie. Czasu, niestety, jest mało, więc po paru minutach ubieramy się i, powłócząc z tremy nogami, idziemy na boisko WKS Unji — na ścięcie. Ku naszemu przerażeniu przyjeżdża z Warszawy Władza — prezes PZGS, p. płk. Mysłowski oraz trener  Związkowy, p. Kłyszejko, co nas pogrąża w tremie do reszty. IKP idzie na pewniaka do zwycięstwa. W skórkowych bucikach na kołkach (jak do hazeny) z trzema filarami, które były na obozie londyńskim, Gruszczyńską, Filipiakówną i Głażewską, zabierają się ostro do roboty i pierwsza ćwiartka meczu (8 minut) brzmi 8:3 na naszą niekorzyść. IKP gra wspaniale — nas kompletnie nie ma na boisku. Nie wiemy, kogo obstawiać więcej, czy Gruszczyńską, czy Filipiakównę, czy też Głażewską, i w rezultacie nie obstawiamy żadnej. Jesteśmy przytłoczone sławą naszych przeciwniczek.

W jednominutowej przerwie zbieramy nasze nerwy trochę w garść. Rozdzielamy między siebie obstawianie i przysięgamy sobie, że nie dopuścimy nikogo do strzału. I staje się rzecz dziwna: IKP nie dochodzi przez następną ćwiartkę ani razu do głosu. Do dużej przerwy jest wynik 8:5 jeszcze dla nich ale odczuwa się zmianę nastroju na lepsze u nas. Przeciwnik przez osiem minut nie potrafił nam nic zrobić, więc nie jest taki groźny, jak się wydawało. Możemy i musimy wygrać.

Odpoczywając, słyszymy wkoło nas: „więcej ambicji” i „jeszcze więcej ambicji” — ale kto to mówi, kto dodaje nam animuszu — nie wiem. W każdym razie ambicja się budzi, chcemy wygrać, choć nie mamy wśród siebie tylu „gwiazd”. — Gramy jak lwy, wyrównujemy i strzelamy zwycięskiego kosza wśród nieprzerwanych braw rozentuzjazmowanej publiczności. Pada hasło — Wszystkie do obrony ! IKP jest zdesperowane, ich zawodniczki popełniają coraz więcej błędów, tak taktycznych, jak i technicznych, i, co gorsza, faulują, — ale do strzału nie dochodzą przez trzecią część wogóle, aż w ostatnich ośmiu minutach starają się wyrównać strzałami z połowy boiska, ale im się nic nie udaje. Nasza „trójka” — Kamecka, harcuje po boisku, jak młody źrebak, nasz „gotycki” center (Wiewiórska) jest blada jak trup, nieprzytomna, nie zdolna już do niczego, spuchnięta na amen; kto gra w tej chwili jako trzecia w napadzie nawet nie wiem, wiem tylko, że IKP nie śmie strzelić kosza i że nie wolno faulować, żeby nie było karnych. Gramy jak w transie, czujemy, że niedługo koniec. — żebyśmy w tym czasie nie tak pudłowały (ach, ta Szmidówna!), to IKP zeszedłby pokonany bardziej przekonywującym stosunkiem punktów. Końcowego gwizdka nie słyszymy, tylko wtargnięcie publiczności na boisko zwiastuje nam nasz triumf. Jesteśmy ściskane i całowane, „trójka” leci setki razy pod rozbłękitnione niebiosa. — Dostajemy piękny puhar od Lubelskiego Związku i ogromny bukiet róż i goździków od Unji. Idziemy roześmiane na pożegnalny posiłek i wracamy do Warszawy z radością ale i z żalem, że nie byłyśmy w takiej formie, jak na finałach zimowego Turnieju, gdzie wygrałyśmy z IKP w dużo lepszym stosunku.

Wykładam swe barokowe kształty na twardej ławie wagonu, a łzy żalu za wszystkie moje zaprzepaszczone sytuacje strzałowe wysuszam o gotyckie kolana naszej centerki. Robi się nastrojowa cisza. Czuję, że mi się robi dziura w policzku, ale pomału zasypiam, mając w sobie dumę i radość całej drużyny.

Omawiając poszczególne zespoły, muszę zacząć od gospodarzy WKS Unji. Zawodniczki jej każda zosobna i jako zespół, zrobiły tak kolosalne postępy od zimy, że poprostu nie chciało nam się wierzyć, że to te same panie. Mają ogromny zmysł do kombinacji, są inteligentne i wcale dobrze „obstawiają”. Jak jeszcze nauczą się strzelać, będą zupełnie dobrą drużyną. — IKP ma w swoich szeregach aż trzy „gwiazdy” i temu, mojem zdaniem, trzeba przypisać ich przegraną. Każda z tych zawodniczek, zamiast być pożyteczną pracowniczką całego zespołu, gra indywidualnie, chce pokazać, że jest najlepsza. A wiadomo, że w jedności i współgraniu — siła. Toteż wygrała drużyna, w której pięć zawodniczek, może nie tak świetnych, grało jak jeden człowiek. — Najwięcej podobała mi się w Lublinie z ŁKS`u Głażewska, choć właśnie ona była jedną z tych, które solowały. Z drugiej strony uważam, że Głażewska, ze swą umiejętną grą ciałem, która jednak w koszykówce jest niedozwolona i powoduje karne, powinna zarzucić koszykówkę zupełnie, a specjalizować się tylko w hazenie, gdzie ma ładną przeszłość, a całą przyszłość jeszcze przed sobą.

W Polonii, która zdobyła pierwsze miejsce w składzie: Stankiewiczówna, Olesińska, Wiewiórska i Kamecka w napadzie oraz Olaczakówna i Szmidówna w pomocy, — na specjalne wyróżnienie zasługuje wspaniała graczka Kamecka, która jest dzisiaj bezwzględnie najlepszą koszykarką polską. Gra jej jest po prostu porywająca, toteż publiczność zgotowała jej żywiołową owację. Całej drużynie należy się specjalna pochwała za grę fair — jeden jedyny karny, przeciw polonistkom na tak denerwującym meczu — to naprawdę nie byle co. Pozatem Polonia, chorująca dawniej na chroniczny brak odporności psychicznej, nareszcie jest wyleczona. Toteż uważam, że właśnie dla tych zalet, jak idealne zrozumienie gry zespołowej, i wysoce sportowe zachowanie na boisku, czyni z Polonistek drużynę, godną piastowania zaszczytnego tytułu mistrza Polski.

Co do ogólnego poziomu mistrzostw, to uważam, że był niższy, niż we Lwowie w lutym, a nawet niż zeszłego roku jesienią na finałach w Toruniu. Sędziowanie naogół dobre, choć może zbyt łagodne”.

W uzupełnieniu tekstu Sławy Szmid dodajmy pełne personalia koszykarek Polonii, mistrzyń Polski 1934: Jadwiga Stankiewiczówna, Jadwiga Olesińska, Halina Wiewiórska, Irena Kamecka, Sława Szmidtówna, Barbara Olczakówna.

Z dziennikarskich impresji naszej wybitnej sportsmenki dowiedzieliśmy się także o metamorfozach, jakie przechodził w 1934 roku żeński basket: „Parę słów pochwały osobno chcę poświęcić nowym przepisom, które już weszły powoli w użytek. Dzięki daniu możności sędziom poskramiania zbytniej zapalczywości i nadużywania siły fizycznej u zawodniczek, podniosły się o 100% wartość koszykówki jako gry dla kobiet, dzięki czemu już dzisiaj można zaobserwować ogromny wzrost popularności tej ładnej gry”.

Rok 1934 należał zdecydowanie do Polonii. Rok później nadarzyła się kolejna okazja do świętowania. Ale to już temat na inną opowieść…